5/03/2013

Trzeci.


Zamoczyłam gąbką ramiona, pozostawiając na nich pianę. Nie śpieszyło mi się, specjalnie przedłużałam. Na obiad mieliśmy przyjechać na piętnastą, jednak zazwyczaj wszyscy zbierają się godzinę wcześniej. Ja jednak postanowiłam przyjechać na umówioną godzinę. Spojrzałam na kafelki w łazience, sufit, miejsca która aż prosiły się o wyremontowanie. Wzdycham zanurzając się pod wodą. Widzę twarz Marka, przestraszona wynurzam się i chwytam ręcznik, przecieram twarz. Targają mną znowu wyrzuty sumienia. Dopatruje się swoich niedoskonałości w byciu jego żoną. Tego, że mogłabym być lepsza, okazywać mu więcej miłości, spędzać z nim więcej czasu. Próbuję znowu nie płakać, więc wychodzę pośpiesznie z wanny. Wycieram się, nakładam szlafrok. Muszę zająć czymś swoje myśli. Przestać na chwilę o nim myśleć.
Przechodzę obok jego gabinetu. Zatrzymuje się, jednak nie wchodzę. Jego rzeczy leżą, nienaruszone. Miał tu bałagan. Nieraz prosiłam aby posprzątał, jednak on z uśmiechem tłumaczył że to artystyczny nieład. To, że nie mógł sprzątnąć, gdyż zaburzyłoby to jego myśli. Dawałam zazwyczaj za wygraną, wiedząc że nie wygram z nim.
Nie potrafię się przełamać aby tam wejść. Widzę nasze zdjęcia zawieszone na ścianie. Nasze uśmiechnięte twarze. Prócz nas, jest tam także jego zdjęcie z dzieciństwa z całą rodziną. Szczęśliwi. Zaciskam dłoń na klatce piersiowej, przymykam oczy. Uśmiecham się. Zamykam drzwi od jego gabinetu, kieruję się do sypialni, gdzie mam zamiar się ubrać.

Parkuję samochód przed cmentarzem. Miejscem gdzie jeszcze tak niedawno pochowałam swojego ukochanego męża. Nasze małżeństwo było udane. Więc nie wiem co odpowiedziałabym, gdyby ktoś zapytał mnie czemu zdradziłam męża, skoro go kochałam i było nam dobrze ze sobą. Może jednak czegoś nam brakowało albo Logan miał coś czego Mark nie miał.
Zaciskam dłonie na tulipanach, kiedy przechodzę pomiędzy pomnikami. Kieruję się w dobrze znane już sobie miejsce. Zatrzymuje się i zaczynam szybciej oddychać, widząc kogoś przy pomniku Marka. Mężczyzna. I dopiero kiedy podchodzę bliżej, rozpoznaję Logana. Kładę kwiaty na grobie, zabierając wcześniej stare. Kucam, modle się. Logan nic nie mówi, cały czas wpatruje się w jedno to samo miejsce. Wstaję.
- Cholernie mi go brakuje. – mówi, a ja zaciskam dłonie na płaszczu. Chce powiedzieć, że mnie także. Jednak nie odzywam się. Nadal słyszałam jego wczorajsze słowa. I mimo wszystko rozumiałam go. Gdybym była na jego miejscu, także nie chciałabym rozwalać swojej rodziny. – Chciałbym móc umieć cofnąć czas. Zapobiec tej tragedii.
Chwytam dłońmi, jego dłoń, ściskam. Tak po prostu, aby wiedział, że i ja tego pragnę.
- Nigdy mu tego nie mówiłem, jednak matka zawsze go faworyzowała. Nigdy tego nie rozumiałem. Zawsze był jej oczkiem w głowie, była z niego najbardziej dumna. – spojrzał na mnie, kontynuując. – Bardzo się cieszyła kiedy ciebie poznał, pokochała. A kiedy tylko wzięliście ślub… Nigdy nie widziałem u niej takiego szczęścia. Bardzo chciała aby wam się wszystko udało. Któregoś dnia, nie pamiętam dokładnie. Jednak wiem, że pokłóciliście się o coś, ostro. Zadzwoniłaś do niej z płaczem. Martwiła się o was, bardzo. Bo i do mnie zadzwoniła.
- Boję się, że już nigdy nikogo nie znajdę. Tego, że nikt nie zastąpi mi Marka. Nie wiem czy zdołałabym pokochać kogoś innego, tak jak jego.
Przytulił mnie do siebie, odgarnął włosy i pocałował w czoło. Rozpłakałam się. Długo nie potrafiłam przestać płakać, jednak on był cały czas przy mnie. Pocieszał, jednak nic nie mówił. Po prostu był.
- Nie zniszczę ci rodziny Logan. Wyjadę. Niech zostanie do końca tajemnicą dla wszystkich, to co było między nami.
Przez jakiś czas patrzy na mnie. Wzdycha.
- Nie musisz wyjeżdżać. To przecież nie tylko twoja wina.
- Jednak wiem, że ciężko by ci było patrzeć na dziecko.
- Gdybyś wyjechała po powiedzeniu wszystkim o ciąży, byłoby to trochę no nie na miejscu. Jeszcze mamy czas więc zobaczymy jak to będzie.
- Muszę się do czegoś przyznać. To okropne, że nawet tak pomyślałam.
Marszczy czoło, odsuwa się.
- Na początku myślałam o tym, aby się go pozbyć. Nie chciałam go.
Nic nie powiedział, zawiesił tylko wzrok na mojej twarzy.
- Jednak z dnia na dzień coraz bardziej pragnęłam tego dziecka. Chciałabym aby wychowywał się, wiedząc jakiego miał wspaniałego ojca. Zapragnęłam nagle wszystko mu o nim opowiedzieć. Zacząwszy od pierwszego spotkania do najmniejszej błahostki.

Siedzę w salonie przysłuchując się rozmowie Laury i Beth, żony Petera. Ich życie także nie było kolorowe. Bynajmniej z tego co wiedziałam. Mają czwórkę dzieci z czego dwójka najmłodszych zapewne nie jest Petera. Zdradzała go i nawet nie starała się ukryć tego przed nikim. Jej mąż jest słaby psychicznie i to on wręcz błagał aby nie odchodziła od niego, że jej wybaczy. Prawda była taka, że był silnie przywiązany do swoich dzieci i nawet jeżeli pięcioletnia Rubi i dwuletni Adam nie byli jego dziećmi kochał je bezwarunkową rodzicielską miłością. To on wstawał do dzieci w nocy, tak aby Beth mogła odespać i najczęściej wyleczyć kaca. Nie była wzorcem na matkę. Traktowała dzieci jak dodatek do życia małżeńskiego. Coś co po prostu musi być. Zapewne je kochała, tylko jej miłość była inna. Czasami zastanawiałam się z Markiem, czy po prostu wstydziła się tej miłości. Mało co wiedzieliśmy o jej przeszłości. Nie ingerowała zazwyczaj długo w jej życie, nie pytałam. No bo po co się wtrącać? Wystarczy że Suzie próbowała ratować tą rodzinę. Jak na razie niczego nie udało jej się osiągnąć. Było mi jej żal. Widzieć jak jej najstarszy syn cierpi z powodu kobiety, która go tylko wykańcza. Raz powiedziała mu, że kiedy odejdzie od niego, zrobi wszystko aby nigdy nie ujrzał swoich dzieci. Na takich właśnie spotkaniach udawała jakim to oni są wspaniałym małżeństwem.
Pamiętam jedną sytuacje, kiedy to jeszcze dwuletnia Rubi wsadziła sobie do nosa mały wacik. Niby niczym nie wzruszona, mówiła – Dzieci tak mają, nic jej nie będzie. – Widziałam na jej twarzy niepokój, strach o własne dziecko.
Także próbuję sobie wyobrazić moją minę, kiedy słyszę z ust Beth wiadomość, że jest znowu w ciąży.
- Ach jestem taka szczęśliwa. Dzieci to najlepsze co mogłoby mi się przytrafić. Czasami tylko dadzą mi w kość. Jednak Leah jest coraz starsza i oczywiście pomoże w wychowywaniu młodszego rodzeństwa.
Chciałam już jej powiedzieć, że dzieci nie są od tego aby wychowywały za matkę rodzeństwo, ale ugryzłam się w język. Jej rodzina, jej sprawa. Tylko aby potem nie żałowała zbyt małej więzi z dziećmi. Zapewne tuż po porodzie opiekę nad dzieckiem przejmie Lea z Peterem. Beth zacznie na nowo zabawiać się ze swoimi kochankami.
Podchodzi do mnie moja ulubienica Rubi. Uśmiecham się do niej i biorę ją na kolana. Wtula od razu twarz w moje ramię i przeczesuje rączkami moje włosy. Kiedy tylko Beth zmieniła temat o ciąży, Laura patrzała na mnie wymownie. Zapewne sądziła że niedługo i ja wyjawię wiadomość o mojej ciąży.
- Ciociu Lynn mogę u ciebie nocować? – śmieję się cicho, wspominając te kilka nocy, kiedy zgadzałam się i zabierałam ją do nas.
- Rubi! – słyszę zdenerwowany głos Beth. Patrzę na nią zdziwiona. – To nie najlepszy pomysł, ani moment.
Zapewne chodziło jej o śmierć Marka. Wzdycham i mówię do niej z udawanym uśmiechem. Jakoś nigdy nie potrafiłam szczerze się do niej uśmiechać. Odrażała mnie i sprawiała, że miałam ochotę wygarnąć co o niej myślę.
- Beth spokojnie. Właściwie to najlepszy pomysł jaki słyszałam od dłuższego czasu. I tak nie mam co robić, więc czemu by nie? – całuję dziewczynę w czubek główki i zgarniam z czoła kilka kosmyków włosów. Po obiedzie wszyscy wyszliśmy na mały spacer. Z reguły tak zazwyczaj mijały rodzinne spotkania. Przesiadywanie w salonie, jedzenie obiadu, spacer, kawa w salonie, czy na tarasie (w zależności od pogody), a potem kolacja.
Stwierdziłam, że najlepiej powiedzieć im o mojej ciąży podczas kolacji. Wtedy będzie bliżej końca dnia i nie będę musiała wysłuchiwać ich słów uciechy. Udawanej. Przy kolacji każdy zabiera głos, przekrzykuje siebie nawzajem. Panuję cudowna atmosfera, jednak brakuje mi cały czas jednaj osoby. I ta świadomość ponownie powoduje u mnie przygnębienie i smutek. Mark. Znowu o nim myślę, ale to chyba normalne, prawda? Przecież był moim mężem, kochałam go. Napotykam wzrok Logana. Przed dłuższy czas patrzymy na siebie, nic nie mówiąc. Siedzi naprzeciwko mnie, tuż obok swojej żony, która trzyma na kolanach ich synka. Uśmiecham się do niego i bezgłośnie mówię mu „dziękuję”. Jestem pewna że wie o co chodzi. O wczorajszą rozmowę. Uśmiecha się także i puszcza oczko. Śmieję się cicho i patrzę na Rubi, który klepie mnie lekko w ramię, próbując zwrócić na siebie uwagę. Chce abym podała jej sałatkę. Robię to i patrząc na szczęśliwą Suzie, stwierdzam że nadszedł czas.
- Chciałabym coś powiedzieć. – nikt nie reaguje, nadal jest jak w ulu. Napotykam wzrok Laury, która chyba załapała o co chodzi. Uśmiecha się i mówi głośniej:
- Mogę prosić o ciszę?!
Wszyscy zwracają na nią, uwagę. Uśmiecha się triumfalnie i patrzy na mnie.
- Myślę, że powinnam wam o tym powiedzieć. Żałuję bardzo że nie ma w tym momencie z nami Marka… - patrzę na każdego, zatrzymując się na twarzy Suzie. Zagryza dolną wargę, powstrzymując łzy. Uśmiecham się do niej, pocieszam. – Gdyby był, zrobiłby to razem ze mną. Powiedzielibyśmy wam, że jesteście najcudowniejszą rodziną. To jak bardzo was kochamy i że niedługo urodzi się kolejny członek rodziny. Jestem w ciąży.
Zapada jeszcze większa cisza, którą w pewnym momencie przerywa Suzie. Wstaje, podchodzi do mnie, obejmuję.
- Cudowna wiadomość. Mark byłby taki dumny. – ściskamy się, śmiejąc i płacząc jednocześnie. Nikt nic nie mówi, nikt prócz Beth.
- Będą razem chodzić do szkoły. Jak cudownie! – śmieje się. Widzę jak chwyta dłoń swojego męża i ściska ją. Ja także chciałabym w tym momencie chwycić dłoń Marka, pocałować jego usta i powiedzieć mu, że go kocham.
Reszta wieczoru minęła dosyć przyjemnie. Szczerze to mogłabym jeszcze dłużej tak siedzieć, ale reszta rodziny ze względu na dzieci postanowiła już jechać. Oczywiście Rubi przypomniała mi o nocowaniu. Peter przełożył fotelik Rubi i obiecał przywieźć jeszcze piżamkę dziewczynki i misia. Przypomniałam mu, że jedną jej piżamkę mam u siebie i wystarczy tylko miś. Zaproponowałam, że pojadę za nimi, aby nie musiał jeszcze zbędnie podjeżdżać do mojego domu.
Przez całą drogę Rubi mówiła jak to bardzo się cieszy, że będzie miała małego kuzyna, czy kuzynkę. Wolałaby kuzynkę, z którą mogłaby się bawić. W pewnym momencie ucieszyłam się na myśl o dziecku. O tym, że za kilka miesięcy pojawi się i odmieni moje życie. A teraz nie mogłam się doczekać momentu, kiedy wezmę je pierwszy raz na ręce, spojrzę, ucałuje.
Po drodze kupujemy kilka smakołyków i wypożyczamy dwa filmy. Chociaż wiem, że i tak obejrzymy jeden, po czym Rubi zaśnie na kanapie. Kąpie ją, przebieram w piżamkę. Zazwyczaj daje jej ważną misję, podczas gdy ja biorę szybki prysznic. Tym razem ma przygotować koce, poduszki, wysypać przekąski do miski oraz talerza. Wiem, że Beth i Peter nie pozwalają im jeść dużo słodyczy. Jednak jako ich ciocia, pozwalam od czasu do czasu objeść się słodkościami. Kiedy wracam siedzi z misiem czekając na mnie.
Film się kończy, Rubi usypia wtulona we mnie. Zaprowadzam ją do mojej i Marka sypialni. Przykrywam kołdrą, a sama schodzę do kuchni. Nalewam wody i siadam przy stole. Nie czuję się senna, wręcz przeciwnie. Mogłabym bez problemu posiedzieć tak jeszcze z dwie godziny.
Słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości w telefonie. Wstaję, chwytam aparat leżący na blacie kuchennym i siadam z powrotem na krzesło. Logan. Widzę jego imię na wyświetlaczu i momentalnie szybciej bije mi serce. Zanim odczytuję, kilka razy się waham aby usnąć i w ogóle nie przeczytać. Przełamuje się jednak i wyświetlam wiadomość.
„Tęsknie.”
Zwilżam językiem wargi, zastanawiając się nad odpowiedzią. Czemu miałby wysłać taką wiadomość? Co nim kierowało? W  końcu rezygnuje i nic nie odpisuje. Z czasem wiadomość zagłębi się wśród innych, całkowicie zapomniana. Mam zamiar wstać, jednak telefon zaczyna dzwonić. Logan. Długo się waham. Nie chcę dodatkowych problemów. Mieliśmy zapomnieć, tak? To czemu on dalej to drąży? Za mało mu wyrzutów sumienia, przykrości? Jednak odbieram. Długo milczymy, on odzywa się pierwszy.
- Nie potrafię przestać myśleć. O tobie, o nas.
Nie wiem co mu odpowiedzieć, więc nadal milczę. A on podejmuje kolejne kroki, które będą niosły ze sobą jeszcze większe konsekwencje.
- Po śmierci Marka myślałem, że zdołam zapomnieć i żyć normalnie. Nie, nie potrafię. Lynn muszę się z tobą zobaczyć. Jeszcze dziś, teraz. Proszę.
- Przyjedź. – rozłączam się i nie myślę o tym co zrobiłam. Jego oraz moje słowa. Nasz kolejny błąd. A może i nie. Może po prostu tak chciał los. Abyśmy nie mogli bez siebie żyć, a śmierć biednego Marka tylko nam w tym pomogła. W byciu razem. Przeklinam się w duchu za takie myślenie. Kocham Marka, jednak jego brata również. Czy to w ogóle możliwe? Kochać dwie osoby naraz? W dodatku tak mocno ze sobą spokrewnione? Bracia. Odbieram Laurze i Benowi, Logana. Jestem zła, okropna. Nie chciałabym aby jakakolwiek kobieta próbowała odebrać mi Marka. Nie pozwoliłabym na to, starała się zatrzymać go przy sobie. Odebrać tamtej kobiecie szansę na życie z mężczyzną, którego także pokochała. 

4/08/2013

Drugi.


Wzrok Logana zastygł na talerzu. Przez jakiś czas nikt się nie odzywa, wpatruje w jeden punkt. Pierwsza odzywa się Laura.
- To cudowna wiadomość.
Mówi to z uśmiechem, jednak widzę że jest w tym też coś ze współczucia. Pyta o to, o co zawsze z reguły pyta się kobiety w ciąży. Odpowiadam, jednak dziwnie się czuję. I momentalnie żałuję, że powiedziałam im o tym pierwszym. Chcę jak najszybciej się stąd uwolnić i wrócić do siebie. Znowu myślę o Marku, chce mi się płakać. Przepraszam ich i idę do łazienki gdzie pochylam się nad ubikacją i wymiotuję. Kiedy do nich wracam widzę tylko Laurę, która sprząta brudne naczynia. Proponuje pomoc, jednak ta odmawia, mówiąc abym odpoczęła i zaczekała. Wychodzi, a za jakiś czas wraca Logan, ja wstaję.
- Niezbyt dobrze się czuję. Wolałabym wrócić do domu, położyć się. – Nie czekają na jakąkolwiek jego odpowiedź, udaje się do kuchni, gdzie Laura wkłada naczynia do zmywarki. Mówię jej to samo co Loganowi, nie protestuje i proponuje aby Logan mnie podwiózł. Zaprzeczam szybko i mówię, że zamówię taksówkę. Upiera się, a Logan milczy. Wchodzi Ben, który przytula się do mojej nogi i robi smutną minę.
- Obiecałaś ciociu. – Biorę go na ręce i całuję w czubek noska.
- Niedługo przyjadę to się pobawimy, albo jeszcze lepiej. Zabiorę cię na mega wielkie lody. Oczywiście jak mamusia się zgodzi. – Uśmiecham się i stawiam go do pionu. Ten patrzy z nadzieją w oczach na matkę, która kręci głową i mówi przeciągle „Dobrze”.

I wyszło na to, że siedzę z Loganem w jednym samochodzie. Nie odzywamy się do siebie, jedynie muzyka cicho gra. Zespół City and Colour. Jego ulubiony. Nieraz leżeliśmy w łóżku, wtuleni w siebie, słuchając ich piosenek. To były najlepsze nasze chwile spędzone tylko we dwójkę. Zazwyczaj on masował mnie po nagich plecach, a ja rozkoszowałam się jego bliskością. Najdłużej razem spędziliśmy dwa dni. Pamiętam, że Mark miał wtedy wyjazd służbowy, a Logan oszukał Laurę, że wyjeżdża na weekend do swojego dawnego przyjaciela w odwiedziny. Taki męski weekend. Tylko że spędził go w moim towarzystwie, gdzie przez cały ten czas kochaliśmy się, jedliśmy śniadania, obiady, kolacje, spacerowaliśmy, rozmawialiśmy. Nigdy mi nic nie obiecywał, ja także. Oboje mieliśmy już jakiś start w życiu, plany. Więc wiadomo było, że każdy i tak wróci z czasem do swojego życia, obowiązków, partnerów. Jednak ja miałam cały czas jakąś nadzieję z jego strony. Nasz ostatni wieczór spędziliśmy w motelu na drugim końcu miasta. Oczywiście zaczęliśmy od uprawiania seksu…
„- Zastanawiałeś się kiedyś aby im powiedzieć o wszystkim?
Nigdy nie poruszaliśmy tematu Marka, czy Laury. Omijaliśmy ten temat, jakby parzył. Przeciągaliśmy to. Kiedy już zadałam to pytanie, pożałowałam. Wiem, że od razu atmosfera lekko się napięła. Jednak cały czas mnie obejmował i bawił moimi włosami. Długo nie odpowiadał, jakby zastanawiał się nad dobrą odpowiedzią.
- Musimy o tym rozmawiać? – Pyta całując mnie. Drażni mnie jego zarost, dłuższy niż zazwyczaj. Od razu zastanawiam się, czy nie zapuścił go ze względu na mnie. Kiedyś wspomniałam, że uwielbiam odrobinę większy zarost na twarzy u mężczyzn. Wydaje się wtedy taki seksowny. Oczywiście zależy też od mężczyzny, od jego rysów twarzy. Tylko, że Loganowi pasował doskonale. Obejmuję wolną dłonią jego twarz i przeciągam pocałunek. Drugą dłoń mam splecioną z jego dłonią. Ściskam ją.
Odsuwamy się od siebie i patrzymy w oczy przez dłuższy czas.
- Kiedy i tak on nastąpi. Ten czas na rozmowę. – Wzdycham i opieram głowę o jego ramię, patrzę w sufit. Nie jest tu zbyt ładnie, a w oczy rzuca mi się żółta plama w rogi sufitu. Nie ma tu nic prócz jednego dwuosobowego łóżka, szafy na ubrania, stołu z dwoma krzesłami i półki nad łóżkiem. Zasłony przyżółkłe, okna źle umyte. Brak dywanu, jedynie co mi się tu spodobało to obraz. Przedstawiał dwójkę starszych ludzi. Mężczyznę i kobietę. Namalowany w taki sposób, że na początku nie mogłam ujrzeć co on przedstawia. Dopiero po dłuższym przypatrywaniu zobaczyłam że trzymają się oni za rękę, a przed nimi rozprzestrzenia się polana pełna kolorowych, przeróżnych kwiatach. Gdzieś w oddali biegnie grupka dzieci. Nie wiem jaki nosił on tytuł, ani kto go namalował. Ważne, że sprawiał on, że ten pokój nie był aż tak ponury i ohydny. A człowiek od razu się uśmiechał.
- Dobrze w takim razie, moja odpowiedź brzmi: Tak. Tak, tak. Zastanawiałem się nad tym, jednak nie chcę aby Laura się dowiedziała. Nie chcę jej ranić mówiąc o tym. Niszczenie tego co mamy, jest najgorszą z możliwych rzeczy, Lynn. – Musiałam wyglądać na smutną, zdołowaną, chociaż sama nie wiem czemu. Logan przytulił mnie bardziej do siebie, głaszcząc po włosach. – Proszę nie rozmawiajmy o tym dłużej. Później. Nie teraz. Później, kochanie.
Jednak do końca dnia nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Właśnie dał mi do zrozumienia, że traktuje mnie tylko i wyłącznie jak krótkotrwałą przygodę. Zapewne będzie chciał aby zostało między nami to do końca życia i pewnie się nie myliłam. Pożegnaliśmy się na parkingu przed centrum handlowym, gdzie miałam pojechać autobusem do swojego domu. Obiecywaliśmy sobie, że jedno z nas się do któregoś odezwie, aby umówić się na kolejne… spotkanie.”
Teraz siedzimy nie odzywając się do siebie, pragnąc znaleźć się jak najszybciej z dala. Bynajmniej ja. Wiedziałam, że gdyby któreś z nas poruszyło jakikolwiek temat, mogłoby się to skończyć kłótnią, naszą pierwszą kłótnią. Zajeżdża pod mój dom, czeka cierpliwie aż opuszczę pojazd. Jednak ja się nie ruszam, tylko tkwię w tym fotelu, wpatrzona w ciemność za szybą. Nikt nie przechodzi chodnikiem, nie wyprowadza psa, nie spaceruje, nie wraca do domu z pracy, ze spotkania. Nikt nie przywozi do domu swojej byłej kochany. Nikt prócz nas. Mnie i Logana. Wzdycham i zaciskam dłonie na torebce.
- Ono nie jest moje tak? – Słyszę jego głos. Cichy, przerażony, niepewny. Ledwie usłyszałam co mówi. Nie patrzę na niego, jednak widzę w przedniej szybie niewyraźne jego odbicie. Patrzę na niego. Tak aby wiedział, że ja również jestem tym wszystkim przerażona. Tak bardzo chcę aby mnie przytulił i powiedział, że będzie dobrze, że zaakceptuje to wszystko i pokocha go również mocno jak swojego synka.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia Logan.
- Mam rodzinę. – Mówi, a we mnie coś pęka. Czemu on myśli tylko o sobie. Przecież teraz musimy brać pod uwagę nie tylko jego rodzinę i jego szczęście. No do cholery!
- Spierdalaj Logan. Ty samolubny, kretynie! – Mówię i wychodzę z samochodu, trzaskając drzwiami. Kiedy idę w stronę drzwi, otwiera szybę i krzyczy:
- Nie wrobisz mnie w to! Zrobimy testy na ojcostwo! – Odjeżdża, a ja czuję, że wszystko co było dobre między nami, właśnie się skończyło. Wchodzę do domu, zamykam drzwi na zamek. Klucze rzucam na stół w kuchni i od razu słyszę w umyśle głos Marka: „Kochanie odłóż klucz na swoje miejsce. Rano będziesz znowu ich szukała i wściekała się na wszystko, że nie możesz ich znaleźć.”
- Dobrze Mark. – odpowiadam do siebie i chwytam klucze, odkładając je do koszyczka na półce. 



__________________


Słuchałam piosenki Bednarka i tak jakoś natchnęło mnie i zaczęłam pisać. ;)

4/02/2013

Pierwszy.


Ten dzień pamiętam jak przez mgłę. Następnego dnia i trzy kolejne przesiedziałam w domu. Moja dobra znajoma i zarazem szefowa w pracy dała mi wolne. Wyrozumiała i zarazem kochana. Nie potrafiłam nic przełknąć, normalnie funkcjonować. Powodem nie była tylko śmierć Marka. Na szczęście inni mogli pomyśleć, że to z jego powodu tak się zachowuje, jednak tak nie było. Wczoraj udało mi się namówić rodziców aby wrócili do siebie do domu. W zamian obiecała często dzwonić i dawać znać że ze mną wszystko dobrze.
Tego wieczoru usiadłam z opakowaniem lodów na podłodze, tuż przy kanapie i włączyłam płytę ze ślubu. Mojego i Marka. Przewijałam, cofałam. Odtwarzałam tylko te momenty, gdzie byliśmy razem, we dwójkę. Wtedy byłam jeszcze pewna swoich uczuć do niego, teraz zapewne bym zwątpiła, musiała się nad tym zastanowić. Płakałam, połykając co chwilę lody, nie czułam ich smaku, nie pamiętam nawet kiedy zjadłam wszystko. Wtedy dopadła mnie znowu myśl, że jestem sama. Zaczęłam krzyczeć i prosić aby wrócił, wręcz błagać, a potem wyzywałam go, że odszedł ode mnie i pozostawił samą. Trzydziestoczteroletnią mnie. Wzięłam na nowo tabletki uspokajające i poszłam do sypialni gdzie ubrana w jego ulubioną koszulkę położyłam się na łóżku, próbując zasnąć. Męczyłam się spory czas, jednak w końcu udało się. Zasnęłam.
Obudziło mnie lekkie szturchanie o ramię, zbudziłam się. Oczy piekły niemiłosiernie. Chciałam jak najszybciej przemyć je wodą i pozbyć się pieczenia. Kiedy mogłam w miarę dobrze widzieć zobaczyłam Laurę. Zdziwiłam się na jej widok oraz to w jaki sposób się tu dostała.
- Drzwi były otwarte – Wyjaśniła i usiadła na łóżku. – Lynn wiem, że jest ci ciężko i…
- Akurat ty gówno wiesz jak jest mi ciężko. – Nie chciałam powiedzieć to takim tonem, jakim wyszło, jednak stało się. Patrzała na mnie przez chwilę zdziwiona, jednak zaczęła dalej kontynuować to po co tu przyszła. Przez chwilę myślałam, że Logan powiedział jej o wszystkim, a ta przyszła negocjować to aby wszystko zostało w tajemnicy. Aby nikt się nie dowiedział, że ona także została upokorzona i zdradzona. Dla takich kobiet to przecież wstyd, czyż nie? Świadomość, że nie są wystarczająco atrakcyjne, ubóstwiane przez swojego męża, narzeczonego. To musi być straszne. Tylko z drugiej strony, znając Laurę chciałaby zgrać niewinną. Zwalić winę na wszystkich i niech każdy współczuje jej, jaka to ona jest pokrzywdzona. Pieprzyć to i pieprzyć ją. Mam usprawiedliwienie w razie gdybym na nią nakrzyczała. Jestem świeżo po śmierci męża.
- Musisz coś zrobić z tym i wyjść do ludzi. Bynajmniej na początku do nas, do bliskich. Wszyscy potrzebujemy siebie nawzajem.
- Laura – Zaczęłam, wstając z łóżka, całkowicie nie przejmując się tym jak wyglądam. – Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, więc proszę opuść ten dom. – Nie widząc żadnej reakcji z jej strony, dodałam – W takim razie ja cię opuszczę. – Po tych słowach wyszłam z salonu, prosto do łazienki, zamykając się w niej. Siedziałam pod prysznicem spory czas, a kiedy wyszłam znalazłam Laurę w kuchni. Usiadłam przy stole, a ta postawiła przede mną kubek parującej kawy i kanapki. Nic nie mówiła, tylko usiadła przy mnie. A ja rozpłakałam się, przytuliła mnie do siebie. Czułam się dziwnie w jej objęciach, jednak zacisnęłam dłonie na jej chudych ramionach i wtuliłam jak najmocniej.
Laura. Młodsza ode mnie o pięć lat. Poznała swojego narzeczonego Logana na wycieczce do Egiptu. Piękna, młoda, żywiołowa, sympatyczna, inteligentna. Ideał Logana. Nic dziwnego, że mu się spodobała. Z tego co wiem od przyjazdu miesiąc do siebie nie pisali. Jednak którego dnia podczas wspólnego obiadu, żona Petera, Sara namówiła go aby odezwał się pierwszy. Zadzwonił, zostawiając wiadomość na poczcie i tak oto od spotkania, do spotkania, zaręczyli się. Dwa lata później urodził się ich synek Ben. Gdy tylko spojrzysz na niego od razu wiesz, że to syn Logana. Jest tak do niego podobny, że nie wyparłby się go za nic. Jednak nadal do tej pory nie wiem czemu nadal są bez ślubu. Żyje z przekonaniem, że po prostu tak jest im łatwiej.
Przez kilka następnych dni Laura odwiedzała mnie, robiła wszystko abym nie myślała stale o tym co się stało. Zabierała na zakupy, do kina, gdziekolwiek. Jednak i tam nie mogłam zapomnieć. Nie dało się tak po prostu wyłączyć tego, wymazać wspomnień, Marka. Przez ten czas zdążyłam pójść do lekarza, który potwierdził moją ciąże. Musiałam się kimś z tym podzielić. Laura stała się teraz osobą, z którą spędzała większość wolnego czasu, zapewne Loganowi to się nie podobało. Jednak ja miałam to gdzieś. Któregoś wieczoru zaprosili mnie na kolacje. Zgodziłam się, myśląc o tym, że to będzie dobry moment na wyznanie mojego stanu. Będą pierwsi. Laura zapewne przyjmie to niby z radością, choć i ze współczuciem. Nie wie jak to jest wychowywać dziecko samej. Ja jak na razie także nie. Logan za to będzie przerażony. O tak! Niech do końca mojej ciąży chodzi jak na szpilkach, aby tylko to dziecko nie było jego.
Ubrałam czarną sukienkę, a włosy delikatnie wyprostowałam. Nie stroiłam się specjalnie, chociażby ze względu żałoby i smutku w sercu, który nadal mnie nie opuszczał. Drzwi otworzył Logan, jego mina nie była zbyt przyjemna. Pusta, jakby od samego początku nie chciał abym jadła z nimi kolacje. Tak naprawdę to nie zakończyliśmy oficjalnie naszego romansu, jednak po tym co się stało można wywnioskować samemu, że to koniec. On pewnie zrozumiał, że popełnił błąd względem swojej żony i nie chcę dalej jej krzywdzić. Jednak byłoby za późno na to, stało się. A czasu za nic nie cofnie.
- Ciociu, ciociu pobawisz się później ze mną moimi nowymi zabawkami? – Ben przybiegł, rzucając mi się w objęcia. No tak, przez ten czas z nim także spędzałam sporo czasu. Dzieci szybko przyzwyczają się do ludzi, są względem ich zbyt ufne. Zgodziłam się, ale pod warunkiem, że po kolacji. Nie był zbyt zadowolony, ale nie protestował. Chwycił mnie za rękę, prowadząc do kuchni, gdzie urzędowała Laura. Logan został na korytarzu, chowając mój płaszcz.
- Strasznie zimno na dworze? – Pyta Laura, zapewne kończąc robić kolację. Widząc, że przyglądam się temu co robi dodała – Dziś na kolacje kurczak w sosie z mango. Wiem, że uwielbiasz mango, więc akurat coś dla ciebie.
- Dziękuje. – Uśmiecham się i siadam przy stole. Nie jest zastawiony, więc przypuszczam, że będziemy jedli w jadalni. Z tego co wiem, nigdy nie przyjmowali gości w kuchni. – Niestety zimno. Chciałam ubrać coś wiosennego, ale pogoda na to nie pozwala.
- Ah, no tak. Suzie dziś dzwoniła, pytała co u ciebie. Powiedziałam, że dziś jesz z nami, chcieli abyśmy wszyscy przyjechali do nich w ten weekend. – Patrzę jak polewa kurczaka sosem i zastanawiam się nad odpowiedzią. Przecież nic innego prócz użalania się nad sobą nie mam do robienia. Mówię jej o tym, a ta patrzy na mnie niby to gniewnie, jednak ze współczuciem. Zapewne także zastanawiała się, jak ona by się zachowała gdyby straciła Logana. Jednak nigdy nie poczuje się tak jak ja, gdy tego nie poczuje na własnej skórze. Wstaje i pytam czy jej w czymś pomóc. Ta jednak protestuje i prosi abym poszła już do jadalni i zajęła miejsce przy stole.
Logan na początku proponuje wino. Białe czy czerwone. Poprosiłam o czerwone, wiedząc że i tak nie wypiję nawet łyka. Laura przynosi posiłek i siada przy stole. Logan nalewa jej do kieliszka wina, sobie coś mocniejszego. Mały Ben siada przy swojej mamie. Dopiero teraz przyglądam im się wspólnie. Laurze posyłającej czułe uśmiechy swojemu mężu, który odpowiada tym samym. Ben śmiejący się i zabierającym co chwila głos. Zazwyczaj mówi, czy pyta coś mnie. Wiedziałam, że nie będę miała już szansy stworzyć takiej rodziny razem z Markiem. Tylko, czy to nie było zbyt fałszywe u nich. Bynajmniej ze strony Logana. Jak on tak mógł się zachowywać, po tym co zrobiliśmy. W sumie nie była lepsza. Jednak on jest jej mężem, a ja tylko szwagierką jej męża. Nie chciałam psuć od początku atmosfery, swoją nowiną. Poczekałam więc do końca, kiedy nasze talerze świeciły pustkami, a tylko w kieliszkach pozostał alkohol. Nadal nie wzięłam łyka, co zwróciło uwagę Laury. Odłożyłam więc widelec, który trzymałam nadal w dłoni, wytarłam usta chusteczką i powiedziałam:
- Nie mogę pić, spodziewam się dziecka. 


__________


A więc pojawia się pierwszy rozdział. Mam cichą nadzieję, że nie zawiodłam waszego oczekiwania i ten także się wam spodoba tak jak i pierwszy. Gdybyście mieli jakieś pomysły co do dalszych chwil z zycia Lynn (głównej bohaterki) możecie podzielić się w komentarzach. Wezmę je pod uwagę. ;)
Pozdrawiam. 

3/31/2013

Prolog


Nigdy nie brałam w swoim życiu pod uwagę tego, że mogę stracić swojego męża i jednocześnie dowiedzieć się o nowinie, która powinna mnie ucieszy, bądź i nie. Zatem mój mąż Mark zginął w wypadku samochodowym, gdzie inny kierowca tira stracił panowanie nad kierownicą, miażdżąc dosłownie samochód Marka. Jeszcze tego samego dnia dowiedziałam się o ciąży. Jednak to wszystko mogłoby wyglądać znacznie inaczej. Ludzie oraz bliscy odebraliby to inaczej, gdyby dziecko było Marka. Jednak tak nie było. Przyznałam się przed samą sobą do czynu, którego najbardziej w swoim życiu żałuję. Romansu ze starszym bratem swojego męża. Byli przybranymi braćmi, jednak łączyła ich głęboka więź. Kobieta która ich wychowywała była biologiczną matką Marka, Logan był owocem zdrady jej męża. Matka Logana zmarła przy porodzie. A czyn jaki dokonała Suzie był godzien uwagi i szacunku. Przygarnęła chłopca do swojej rodziny i zapewniła mu dwojga rodziców. Nie wypominała nigdy swojemu mężowi tego, że ich drugi syn jest jego i innej kobiety. Traktowała go jak własnego. Trzy lata później urodził się Mark. Zatem była ich trójka. Peter, Logan i Mark. Nie mieli córki. Chociaż Suzie bardzo pragnęła mieć dziewczynkę. Chociażby dlatego, że bardzo chciała zabierać ją na zakupy, do kina, kupować jej przeróżne sukienki. Wszystko co może robić matka z córką. Więc kiedy tylko pojawiłam się w ich życiu ja, była przeszczęśliwa. Miałam normalną, szczęśliwą rodzinę, ale to nie przeszkodziło mi w tym, aby pokochać Suzie jak drugą matkę. Właśnie dlatego tak bardzo nie chciałam aby dowiedziała się, że zdradzałam Marka. Zawiodłaby się na mnie, a tego nie chciałam.
Logan miał narzeczoną, z którą miał trzyletniego synka. Nie wiem dlaczego nie wzięli jeszcze ślubu, jednak nie interesowało mnie to w żaden sposób. Ich życie zaczęło mnie interesować w momencie kiedy nawiązałam romans z Loganem. Za każdym razem kiedy widziałam ich razem, pieszczących się, całujących. Byłam straszliwie zazdrosna. Byłam ciekawa czy Logan podobnie się czuł, kiedy widział mnie z Markiem.
Muszę przyznać, że przez ułamek sekundy pomyślałam o tym, że skoro nie ma już Marka, mogę być z Loganem. Jednak poczułam się przez to jeszcze gorzej i pragnęłam jak najszybciej zapomnieć o tej myśli. To było złe, jednak nie było wątpliwości, że o tym nie pomyślałam. Czy byłam okropną żoną, taka dla której nie ma wybaczenia? Gdybym mogła cofnąć czas, powiedziałabym o wszystkim Markowi i prosiła o wybaczenie? Wybaczyłby mi? Zapewne tak, gdyby był to ktoś inny niż jego brat. W takim wypadku nigdy by mi tego nie wybaczył. Nie zniósłby tego, że zdradziłam go z jego własnym bratem. To by było dla niego za wiele. Lecz nie byłam pewna, czy byłabym zdolna powiedzieć mu całkowicie o wszystkim.
Tego dnia marzyłam jedynie o tym, aby cała rodzina która zjechała się teraz już mojego domu, zniknęła. Nie zniosę kolejnych godzin ich ślęczenia i użalania się nade mną. Nie po tym co ja zrobiłam, a co oni nie wiedzą. To było okropne uczucie. Ich pocieszający wzrok był nie do zniesienia! Tylko jak powiedzieć im, aby sobie poszli i nie zranić ich tym. No bo po co mają siedzieć ze mną wszyscy, jakby mogła to robić tylko jedna osoba. Myślą, że dzięki temu będzie mi raźniej? Więc mylą się. Idźcie sobie. Godzinę temu powiedziałam, że jestem zmęczona i chciałabym odpocząć. Moja mama odprowadziła mnie wzorkiem dopóki nie zniknęłam jej z oczu. Jakby chciała abym odezwała się i poprosiła ją aby poszła ze mną i pocieszyła. Peter wraz ze swoją liczną rodziną opuścili nas cztery godziny temu. Chociaż oni pomyśleli, że nie są tu na razie potrzebni. Logan pojechał zawieźć Laurę i ich synka do domu, z racji że niezbyt już się podobało tutaj małemu. Obiecał wrócić. Nikt nie zaprotestował, nawet ja. Chociaż jego obecność w tym czasie tylko bardziej mi przeszkadzała. A raczej moim myślą i uczuciu przerażenia – Co dalej? Dopiero teraz do mnie dodarło, że tak naprawdę nie wiem jak będę dalej żyła. Bez Marka. Człowieka u którego miałam zawsze wsparcie, bezpieczeństwo, miłość. Chciało mi się znowu płakać, więc zaczęłam płakać. Zostałam z niczym. Nie liczyłam dziecka, które przyjdzie na świat za parę miesięcy, nie chciałam go. Było dla mnie zwykłym ciążeniem, dowodem którego chciałam się tylko pozbyć. Więc czemu nie zrobię tego. Nie pozbędę się i będę żyła dalej. Bez Marka, bez dziecka, z dala od tego miejsca. Wyjadę gdzieś, zacznę nowe życie. Ale nie. Nie zrobię tego, bo nie potrafiłabym pozbawić kogoś życia, nawet kogoś kogo nie chcę.
Rodzice moi oraz Marka siedzieli na dole i zapewne nie wiedzieli co robić. Moja siostra przyjechała wczoraj, jednak obowiązki nie pozwoliły jej dziś zostać na długo. Schorowana córka była mimo wszystko ważniejsza. Przepraszała mnie, że nie mogła zostać dłużej, a ja zapewniłam ją, że rozumiem i że ma wracać do domu.