Zamoczyłam gąbką ramiona, pozostawiając na nich pianę.
Nie śpieszyło mi się, specjalnie przedłużałam. Na obiad mieliśmy przyjechać na piętnastą,
jednak zazwyczaj wszyscy zbierają się godzinę wcześniej. Ja jednak postanowiłam
przyjechać na umówioną godzinę. Spojrzałam na kafelki w łazience, sufit,
miejsca która aż prosiły się o wyremontowanie. Wzdycham zanurzając się pod
wodą. Widzę twarz Marka, przestraszona wynurzam się i chwytam ręcznik,
przecieram twarz. Targają mną znowu wyrzuty sumienia. Dopatruje się swoich
niedoskonałości w byciu jego żoną. Tego, że mogłabym być lepsza, okazywać mu
więcej miłości, spędzać z nim więcej czasu. Próbuję znowu nie płakać, więc
wychodzę pośpiesznie z wanny. Wycieram się, nakładam szlafrok. Muszę zająć
czymś swoje myśli. Przestać na chwilę o nim myśleć.
Przechodzę obok jego gabinetu. Zatrzymuje się, jednak nie
wchodzę. Jego rzeczy leżą, nienaruszone. Miał tu bałagan. Nieraz prosiłam aby posprzątał,
jednak on z uśmiechem tłumaczył że to artystyczny nieład. To, że nie mógł
sprzątnąć, gdyż zaburzyłoby to jego myśli. Dawałam zazwyczaj za wygraną,
wiedząc że nie wygram z nim.
Nie potrafię się przełamać aby tam wejść. Widzę nasze
zdjęcia zawieszone na ścianie. Nasze uśmiechnięte twarze. Prócz nas, jest tam
także jego zdjęcie z dzieciństwa z całą rodziną. Szczęśliwi. Zaciskam dłoń na
klatce piersiowej, przymykam oczy. Uśmiecham się. Zamykam drzwi od jego
gabinetu, kieruję się do sypialni, gdzie mam zamiar się ubrać.
Parkuję samochód przed cmentarzem. Miejscem gdzie jeszcze
tak niedawno pochowałam swojego ukochanego męża. Nasze małżeństwo było udane.
Więc nie wiem co odpowiedziałabym, gdyby ktoś zapytał mnie czemu zdradziłam
męża, skoro go kochałam i było nam dobrze ze sobą. Może jednak czegoś nam
brakowało albo Logan miał coś czego Mark nie miał.
Zaciskam dłonie na tulipanach, kiedy przechodzę pomiędzy
pomnikami. Kieruję się w dobrze znane już sobie miejsce. Zatrzymuje się i
zaczynam szybciej oddychać, widząc kogoś przy pomniku Marka. Mężczyzna. I
dopiero kiedy podchodzę bliżej, rozpoznaję Logana. Kładę kwiaty na grobie,
zabierając wcześniej stare. Kucam, modle się. Logan nic nie mówi, cały czas
wpatruje się w jedno to samo miejsce. Wstaję.
- Cholernie mi go brakuje. – mówi, a ja zaciskam dłonie
na płaszczu. Chce powiedzieć, że mnie także. Jednak nie odzywam się. Nadal
słyszałam jego wczorajsze słowa. I mimo wszystko rozumiałam go. Gdybym była na
jego miejscu, także nie chciałabym rozwalać swojej rodziny. – Chciałbym móc
umieć cofnąć czas. Zapobiec tej tragedii.
Chwytam dłońmi, jego dłoń, ściskam. Tak po prostu, aby
wiedział, że i ja tego pragnę.
- Nigdy mu tego nie mówiłem, jednak matka zawsze go
faworyzowała. Nigdy tego nie rozumiałem. Zawsze był jej oczkiem w głowie, była
z niego najbardziej dumna. – spojrzał na mnie, kontynuując. – Bardzo się
cieszyła kiedy ciebie poznał, pokochała. A kiedy tylko wzięliście ślub… Nigdy
nie widziałem u niej takiego szczęścia. Bardzo chciała aby wam się wszystko
udało. Któregoś dnia, nie pamiętam dokładnie. Jednak wiem, że pokłóciliście się
o coś, ostro. Zadzwoniłaś do niej z płaczem. Martwiła się o was, bardzo. Bo i
do mnie zadzwoniła.
- Boję się, że już nigdy nikogo nie znajdę. Tego, że nikt
nie zastąpi mi Marka. Nie wiem czy zdołałabym pokochać kogoś innego, tak jak
jego.
Przytulił mnie do siebie, odgarnął włosy i pocałował w
czoło. Rozpłakałam się. Długo nie potrafiłam przestać płakać, jednak on był
cały czas przy mnie. Pocieszał, jednak nic nie mówił. Po prostu był.
- Nie zniszczę ci rodziny Logan. Wyjadę. Niech zostanie
do końca tajemnicą dla wszystkich, to co było między nami.
Przez jakiś czas patrzy na mnie. Wzdycha.
- Nie musisz wyjeżdżać. To przecież nie tylko twoja wina.
- Jednak wiem, że ciężko by ci było patrzeć na dziecko.
- Gdybyś wyjechała po powiedzeniu wszystkim o ciąży,
byłoby to trochę no nie na miejscu. Jeszcze mamy czas więc zobaczymy jak to
będzie.
- Muszę się do czegoś przyznać. To okropne, że nawet tak
pomyślałam.
Marszczy czoło, odsuwa się.
- Na początku myślałam o tym, aby się go pozbyć. Nie
chciałam go.
Nic nie powiedział, zawiesił tylko wzrok na mojej twarzy.
- Jednak z dnia na dzień coraz bardziej pragnęłam tego
dziecka. Chciałabym aby wychowywał się, wiedząc jakiego miał wspaniałego ojca.
Zapragnęłam nagle wszystko mu o nim opowiedzieć. Zacząwszy od pierwszego
spotkania do najmniejszej błahostki.
Siedzę w salonie przysłuchując się rozmowie Laury i Beth,
żony Petera. Ich życie także nie było kolorowe. Bynajmniej z tego co wiedziałam.
Mają czwórkę dzieci z czego dwójka najmłodszych zapewne nie jest Petera.
Zdradzała go i nawet nie starała się ukryć tego przed nikim. Jej mąż jest słaby
psychicznie i to on wręcz błagał aby nie odchodziła od niego, że jej wybaczy.
Prawda była taka, że był silnie przywiązany do swoich dzieci i nawet jeżeli
pięcioletnia Rubi i dwuletni Adam nie byli jego dziećmi kochał je bezwarunkową
rodzicielską miłością. To on wstawał do dzieci w nocy, tak aby Beth mogła odespać
i najczęściej wyleczyć kaca. Nie była wzorcem na matkę. Traktowała dzieci jak
dodatek do życia małżeńskiego. Coś co po prostu musi być. Zapewne je kochała,
tylko jej miłość była inna. Czasami zastanawiałam się z Markiem, czy po prostu
wstydziła się tej miłości. Mało co wiedzieliśmy o jej przeszłości. Nie
ingerowała zazwyczaj długo w jej życie, nie pytałam. No bo po co się wtrącać?
Wystarczy że Suzie próbowała ratować tą rodzinę. Jak na razie niczego nie udało
jej się osiągnąć. Było mi jej żal. Widzieć jak jej najstarszy syn cierpi z
powodu kobiety, która go tylko wykańcza. Raz powiedziała mu, że kiedy odejdzie
od niego, zrobi wszystko aby nigdy nie ujrzał swoich dzieci. Na takich właśnie
spotkaniach udawała jakim to oni są wspaniałym małżeństwem.
Pamiętam jedną sytuacje, kiedy to jeszcze dwuletnia Rubi
wsadziła sobie do nosa mały wacik. Niby niczym nie wzruszona, mówiła – Dzieci tak
mają, nic jej nie będzie. – Widziałam na jej twarzy niepokój, strach o własne
dziecko.
Także próbuję sobie wyobrazić moją minę, kiedy słyszę z
ust Beth wiadomość, że jest znowu w ciąży.
- Ach jestem taka szczęśliwa. Dzieci to najlepsze co
mogłoby mi się przytrafić. Czasami tylko dadzą mi w kość. Jednak Leah jest coraz
starsza i oczywiście pomoże w wychowywaniu młodszego rodzeństwa.
Chciałam już jej powiedzieć, że dzieci nie są od tego aby
wychowywały za matkę rodzeństwo, ale ugryzłam się w język. Jej rodzina, jej
sprawa. Tylko aby potem nie żałowała zbyt małej więzi z dziećmi. Zapewne tuż po
porodzie opiekę nad dzieckiem przejmie Lea z Peterem. Beth zacznie na nowo
zabawiać się ze swoimi kochankami.
Podchodzi do mnie moja ulubienica Rubi. Uśmiecham się do
niej i biorę ją na kolana. Wtula od razu twarz w moje ramię i przeczesuje
rączkami moje włosy. Kiedy tylko Beth zmieniła temat o ciąży, Laura patrzała na
mnie wymownie. Zapewne sądziła że niedługo i ja wyjawię wiadomość o mojej
ciąży.
- Ciociu Lynn mogę u ciebie nocować? – śmieję się cicho,
wspominając te kilka nocy, kiedy zgadzałam się i zabierałam ją do nas.
- Rubi! – słyszę zdenerwowany głos Beth. Patrzę na nią
zdziwiona. – To nie najlepszy pomysł, ani moment.
Zapewne chodziło jej o śmierć Marka. Wzdycham i mówię do
niej z udawanym uśmiechem. Jakoś nigdy nie potrafiłam szczerze się do niej
uśmiechać. Odrażała mnie i sprawiała, że miałam ochotę wygarnąć co o niej
myślę.
- Beth spokojnie. Właściwie to najlepszy pomysł jaki
słyszałam od dłuższego czasu. I tak nie mam co robić, więc czemu by nie? –
całuję dziewczynę w czubek główki i zgarniam z czoła kilka kosmyków włosów. Po
obiedzie wszyscy wyszliśmy na mały spacer. Z reguły tak zazwyczaj mijały
rodzinne spotkania. Przesiadywanie w salonie, jedzenie obiadu, spacer, kawa w
salonie, czy na tarasie (w zależności od pogody), a potem kolacja.
Stwierdziłam, że najlepiej powiedzieć im o mojej ciąży
podczas kolacji. Wtedy będzie bliżej końca dnia i nie będę musiała wysłuchiwać
ich słów uciechy. Udawanej. Przy kolacji każdy zabiera głos, przekrzykuje
siebie nawzajem. Panuję cudowna atmosfera, jednak brakuje mi cały czas jednaj
osoby. I ta świadomość ponownie powoduje u mnie przygnębienie i smutek. Mark.
Znowu o nim myślę, ale to chyba normalne, prawda? Przecież był moim mężem,
kochałam go. Napotykam wzrok Logana. Przed dłuższy czas patrzymy na siebie, nic
nie mówiąc. Siedzi naprzeciwko mnie, tuż obok swojej żony, która trzyma na
kolanach ich synka. Uśmiecham się do niego i bezgłośnie mówię mu „dziękuję”.
Jestem pewna że wie o co chodzi. O wczorajszą rozmowę. Uśmiecha się także i
puszcza oczko. Śmieję się cicho i patrzę na Rubi, który klepie mnie lekko w
ramię, próbując zwrócić na siebie uwagę. Chce abym podała jej sałatkę. Robię to
i patrząc na szczęśliwą Suzie, stwierdzam że nadszedł czas.
- Chciałabym coś powiedzieć. – nikt nie reaguje, nadal jest
jak w ulu. Napotykam wzrok Laury, która chyba załapała o co chodzi. Uśmiecha
się i mówi głośniej:
- Mogę prosić o ciszę?!
Wszyscy zwracają na nią, uwagę. Uśmiecha się triumfalnie
i patrzy na mnie.
- Myślę, że powinnam wam o tym powiedzieć. Żałuję bardzo
że nie ma w tym momencie z nami Marka… - patrzę na każdego, zatrzymując się na
twarzy Suzie. Zagryza dolną wargę, powstrzymując łzy. Uśmiecham się do niej,
pocieszam. – Gdyby był, zrobiłby to razem ze mną. Powiedzielibyśmy wam, że
jesteście najcudowniejszą rodziną. To jak bardzo was kochamy i że niedługo urodzi
się kolejny członek rodziny. Jestem w ciąży.
Zapada jeszcze większa cisza, którą w pewnym momencie
przerywa Suzie. Wstaje, podchodzi do mnie, obejmuję.
- Cudowna wiadomość. Mark byłby taki dumny. – ściskamy się,
śmiejąc i płacząc jednocześnie. Nikt nic nie mówi, nikt prócz Beth.
- Będą razem chodzić do szkoły. Jak cudownie! – śmieje się.
Widzę jak chwyta dłoń swojego męża i ściska ją. Ja także chciałabym w tym
momencie chwycić dłoń Marka, pocałować jego usta i powiedzieć mu, że go kocham.
Reszta wieczoru minęła dosyć przyjemnie. Szczerze to
mogłabym jeszcze dłużej tak siedzieć, ale reszta rodziny ze względu na dzieci
postanowiła już jechać. Oczywiście Rubi przypomniała mi o nocowaniu. Peter
przełożył fotelik Rubi i obiecał przywieźć jeszcze piżamkę dziewczynki i misia.
Przypomniałam mu, że jedną jej piżamkę mam u siebie i wystarczy tylko miś.
Zaproponowałam, że pojadę za nimi, aby nie musiał jeszcze zbędnie podjeżdżać do
mojego domu.
Przez całą drogę Rubi mówiła jak to bardzo się cieszy, że
będzie miała małego kuzyna, czy kuzynkę. Wolałaby kuzynkę, z którą mogłaby się
bawić. W pewnym momencie ucieszyłam się na myśl o dziecku. O tym, że za kilka
miesięcy pojawi się i odmieni moje życie. A teraz nie mogłam się doczekać
momentu, kiedy wezmę je pierwszy raz na ręce, spojrzę, ucałuje.
Po drodze kupujemy kilka smakołyków i wypożyczamy dwa
filmy. Chociaż wiem, że i tak obejrzymy jeden, po czym Rubi zaśnie na kanapie.
Kąpie ją, przebieram w piżamkę. Zazwyczaj daje jej ważną misję, podczas gdy ja
biorę szybki prysznic. Tym razem ma przygotować koce, poduszki, wysypać
przekąski do miski oraz talerza. Wiem, że Beth i Peter nie pozwalają im jeść dużo
słodyczy. Jednak jako ich ciocia, pozwalam od czasu do czasu objeść się
słodkościami. Kiedy wracam siedzi z misiem czekając na mnie.
Film się kończy, Rubi usypia wtulona we mnie. Zaprowadzam
ją do mojej i Marka sypialni. Przykrywam kołdrą, a sama schodzę do kuchni.
Nalewam wody i siadam przy stole. Nie czuję się senna, wręcz przeciwnie. Mogłabym
bez problemu posiedzieć tak jeszcze z dwie godziny.
Słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości w telefonie.
Wstaję, chwytam aparat leżący na blacie kuchennym i siadam z powrotem na krzesło.
Logan. Widzę jego imię na wyświetlaczu i momentalnie szybciej bije mi serce.
Zanim odczytuję, kilka razy się waham aby usnąć i w ogóle nie przeczytać.
Przełamuje się jednak i wyświetlam wiadomość.
„Tęsknie.”
Zwilżam językiem wargi, zastanawiając się nad
odpowiedzią. Czemu miałby wysłać taką wiadomość? Co nim kierowało? W końcu rezygnuje i nic nie odpisuje. Z czasem wiadomość
zagłębi się wśród innych, całkowicie zapomniana. Mam zamiar wstać, jednak
telefon zaczyna dzwonić. Logan. Długo się waham. Nie chcę dodatkowych
problemów. Mieliśmy zapomnieć, tak? To czemu on dalej to drąży? Za mało mu wyrzutów
sumienia, przykrości? Jednak odbieram. Długo milczymy, on odzywa się pierwszy.
- Nie potrafię przestać myśleć. O tobie, o nas.
Nie wiem co mu odpowiedzieć, więc nadal milczę. A on
podejmuje kolejne kroki, które będą niosły ze sobą jeszcze większe
konsekwencje.
- Po śmierci Marka myślałem, że zdołam zapomnieć i żyć
normalnie. Nie, nie potrafię. Lynn muszę się z tobą zobaczyć. Jeszcze dziś,
teraz. Proszę.
- Przyjedź. – rozłączam się i nie myślę o tym co
zrobiłam. Jego oraz moje słowa. Nasz kolejny błąd. A może i nie. Może po prostu
tak chciał los. Abyśmy nie mogli bez siebie żyć, a śmierć biednego Marka tylko
nam w tym pomogła. W byciu razem. Przeklinam się w duchu za takie myślenie. Kocham
Marka, jednak jego brata również. Czy to w ogóle możliwe? Kochać dwie osoby
naraz? W dodatku tak mocno ze sobą spokrewnione? Bracia. Odbieram Laurze i
Benowi, Logana. Jestem zła, okropna. Nie chciałabym aby jakakolwiek kobieta
próbowała odebrać mi Marka. Nie pozwoliłabym na to, starała się zatrzymać go
przy sobie. Odebrać tamtej kobiecie szansę na życie z mężczyzną, którego także
pokochała.